Magdalena Żukowska-Bąk
Jeszcze tylko 52 dni do wakacji - mówi nauczycielka, mieszając kawę w pokoju nauczycielskim. Uśmiecha się, ale to smutny uśmiech. - A potem… zobaczymy - dodaje. To zobaczymy wisi w powietrzu, jak czarna chmura nad całym systemem edukacji.
W ostatnich latach wypowiedzi nauczycieli zaczęły brzmieć podobnie niezależnie od miasta, stażu pracy czy nauczanego przedmiotu. W reportażach, badaniach, rozmowach z nauczycielami pojawia się jeden temat: frustracja i poczucie, że system nie tylko nie wspiera, ale wręcz wypala. W jednym z raportów dotyczących dobrostanu nauczycieli opracowanych przez OECD nauczyciele przyznają wprost: największym obciążeniem nie są uczniowie, lecz biurokracja i presja systemowa.
Ja po prostu nie mam czasu być nauczycielem, to zdanie powraca, jak refren w każdej nauczycielskiej ankiecie. Brzmi brutalnie, ale trafnie oddaje rzeczywistość. Bo praca nauczyciela coraz rzadziej polega na uczeniu. Coraz częściej na dokumentowaniu, raportowaniu, rozliczaniu się z tego, co zostało zrobione albo czego nie zdążyło się zrobić. Jedna z nauczycielek w badaniu Instytutu Badań Edukacyjnych napisała: Mam wrażenie, że więcej czasu spędzam na udowadnianiu, że pracuję, niż na samej pracy.
Oto motto współczesnej szkoły.
Dodajmy do tego ekonomię. Bez retuszu. Niskie wynagrodzenia, niemal zupełny brak dofinansowań na projekty edukacyjne, brak sprzętu (nauczyciel dostaje np. ryzę papieru na rok oraz limit na xero. Przy założeniu, że uczy np. 5 klas po 32 osoby, to jakże hojne wsparcie starczy do połowy października, pytanie co dalej?), brak wsparcia psychologicznego (przy wypaleniu, frustracji, depresji), brak wsparcia prawnego (np. w konfliktach z roszczeniowymi rodzicami, często grożącymi, wyzywającymi itd.), brak możliwości rozwoju zawodowego (wymuszenie na nauczycielu kolejnych stopni awansu, to nie jest rozwój zawodowy). Nauczyciel słyszy: NIE MA.
W psychologii wypalenie zawodowe nie jest już abstrakcyjnym pojęciem. Christina Maslach opisywała je jako stan wyczerpania emocjonalnego i utraty sensu. Dziś można je opisać słowami: chroniczny brak poczucia sensu, że to co robimy przekłada się na jakikolwiek efekt. Oczywiście, wiele osób może powiedzieć: ja też nie widzę w swojej pracy większego sensu, a i tak ją wykonuję. Tylko, że nauczyciel ma wpływ na młodych ludzi. Ma z nimi stały kontakt. Chciał nie chciał „sprzedaje” im swoje emocje, frustracje i lęki. Brak poczucia sensu sprawia, że ten wpływ zamiast motywować staje się mocno destrukcyjny. Jednocześnie oczekiwania wobec nauczycieli stale rosną. Bo mają przygotowywać do egzaminów, konkursów, olimpiad. Budować wyniki, które przełożą się na miejsce szkoły w rankingach. Jak nie będzie laureatów to nie będzie naboru do klas 1 i zostaniecie bez pracy - słyszą. Stają więc na głowie wyszukując kolejne olimpiady choćby wiedzy o produkcji kiełbasy. Byle zrobić i mieć… święty spokój.
Praca ponad siły to koszt, który rzadko jest widoczny. I nie ma, że w środku boli już tak, że łzy same płyną po policzkach. – Niech idzie taki jeden z drugim na kasę do Biedronki, a zobaczy czym jest prawdziwa harówka – ot pierwszy lepszy komentarz, pod postem nauczyciela, który znalazłam na fb. Napięcie społeczne jest ogromne. Rodzice traktują nas jak usługodawców. Przychodzą i mówią, jak mam uczyć ich dziecko. Co dziecko lubi, czego nie lubi i jak mamy się zachowywać w klasie w czasie lekcji, aby go nie urazić (i to nie jest fejk). Zaufanie, które kiedyś było fundamentem relacji, dziś często jest zastępowane kontrolą. W przestrzeni publicznej pojawia się też narracja o roszczeniowych rodzicach i pokoleniu płatków śniegu. To uproszczenie, ale pokazuje skalę napięcia. Nauczyciele czują się pozostawieni sami sobie między oczekiwaniami rodziców, potrzebami uczniów i wymaganiami systemu.
A system? System jest bezlitosny. On mierzy. Wyniki, efekty, rankingi. Złota szkoła, najlepsze liceum, top 10 w województwie. Sukces staje się kategorią liczbową. A po drodze koszt, jakim jest osiągany. Załamania, depresje wśród uczniów, leki, narkotyki, dopalacze. Muszę więcej, dam radę, bez tego nie dostanę się na wymarzone studia. I nauczyciel próbujący wymusić wynik i jednocześnie chłonący te uczniowskie tragedie, jak gąbka. Rozpacz i ból w jednym. Ileż można?
W tym wszystkim pojawia się jeszcze jeden, rzadziej poruszany wątek. Relacje między samymi nauczycielami. Na niemal każdym forum nauczycielskim pojawia się słowo mobbing. Odmieniane przez wszystkie przypadki. Jest różnie. Czasem dyrekcja, czasem „kolega” z pracy. Zastraszenie, krzyk, przemoc. Dotyka to zwłaszcza tych nauczycieli, którzy robią więcej. Bo to więcej bywa pułapką. Bo często oznacza pracę ponad normę, bez wynagrodzenia. A jednocześnie podnosi poprzeczkę innym. System bardzo szybko przyzwyczaja się do tego, że można więcej nie oferując nic w zamian. I wypala jednocześnie budząc nienawiść wśród „kolegów” z pracy.
A jednak, mimo tego wszystkiego, w szkołach pojawiają się też Oni. Młodzi nauczyciele. Z głową pełną pomysłów, energią, której jeszcze nie zdążył przytłumić system, i wiarą, że można inaczej. Wchodzą do zawodu świadomie, często wbrew opiniom innych, z potrzebą zmiany, z uważnością na ucznia, z odwagą szukania nowych dróg. Patrzę na nich czasem jak na współczesne Siłaczki Żeromskiego, zdeterminowane, wrażliwe, gotowe pracować ponad normę, bo wierzą, że to ma sens. I choć wiem, jak trudna jest ta droga, podziwiam ich z całego serca. Bo to właśnie w nich jest dziś nadzieja. Że nie wszyscy się poddadzą. Że jeszcze ktoś spróbuje ten system poruszyć, choćby o milimetr. I może właśnie dzięki nim szkoła kiedyś znów stanie się miejscem, w którym chce się być?
Magdalena Żukowska-Bąk – filolożka, nauczycielka i autorka książek.. Pracuje z dziećmi i młodzieżą, wykorzystując biblioterapię i elementy psychoedukacji. Tworzy autorskie scenariusze zajęć oraz materiały wspierające rozwój emocjonalny. Prowadzi warsztaty i projekty edukacyjne, łącząc literaturę z praktyką terapeutyczną. Założycielka Wydawnictwa Spinacz. Doktorantka UJK w dziedzinie literaturoznawstwo.