Gdzieś w Polsce w tej chwili siedzą przy stole cztery osoby: jedna z pokolenia X, jedna z millenialsów, jedna to pokolenie Z, a najstarsza to Baby Boomer. Każda z tych osób mówi po polsku, żadna nie rozumie pozostałych.
To nie jest żart - to jest codzienność polskich biur, rodzin, szkół i rozmów przy kolacji. I zamiast zapytać, dlaczego tak się dzieje, wolimy zadawać inne pytanie: co jest nie tak z młodymi?
Zadajemy to pytanie od tysięcy lat. W starożytnym Babilonie pisano, że młodzież ma zepsute serca, jest zła i leniwa. Sokrates narzekał, że młodzi nie szanują starszych. W każdej dekadzie dwudziestego wieku znajdziesz w gazetach artykuły o tym, że nowe pokolenie jest gorsze od poprzedniego - bardziej roszczeniowe, mniej pracowite, zbyt skupione na sobie. Każdemu następnemu pokoleniu wydaje się, że młodzież dorastająca za jego czasów jest bardziej krnąbrna niż kiedykolwiek wcześniej. Tak było zawsze i zawsze było nieprawdą w sposób, w jaki nam się wydawało.
Bo problem nigdy nie leżał i nie będzie leżał w tym, że młodzi są gorsi - oni po prostu mówią innym językiem. A my, ci starsi, zamiast go spróbować zrozumieć, to go oceniamy i oceniamy młody, za to, że tym innym językiem się posługują.
Każde pokolenie jest produktem swojego czasu. Nie metaforycznie, ale dosłownie.
Baby Boomers dorastali w świecie odbudowywanym po wojnie, gdzie stabilność była wartością samą w sobie, a lojalność wobec pracodawcy - oczywistością. Komunikowali się twarzą w twarz i przez listy, autorytet był pionowy, hierarchia była porządkiem świata.
Pokolenie X weszło w dorosłość w momencie transformacji - nauczyło się adaptować, przeżyć, nie narzekać.
Milenialsi zderzyli się z internetem w połowie drogi: pamiętają świat bez niego i widzieli, jak wszystko się zmienia. Są mostem między dwiema epokami i do dziś nie wiedzą do końca, po której stronie stoją.
I potem przyszło Pokolenie Z, które wszystkich wystraszyło i mocno namieszało. Urodzeni między 1997 a 2012 rokiem, wychowani w świecie, gdzie internet już był, gdzie media społecznościowe były codziennością zanim skończyli podstawówkę, gdzie pandemia zabrała im kilka lat dorastania, gdzie kryzys klimatyczny nie jest abstrakcją, a tłem każdej decyzji. To pokolenie, które nie pamięta świata bez informacji na wyciągnięcie ręki - ale też nie pamięta świata bez niepewności.
Roszczeniowi. Leniwi. Nie chcą pracować. Nie szanują autorytetów. Ciągle na telefonie. Zbyt delikatni. Płatki śniegu – takie etykiety im przyklejamy. A rzeczywistość jest zupełnie inna, bo badania pokazują bardzo jasno, że Gen Z są zaangażowani w pracę, cenią sobie otwartą i regularną komunikację. Oni nie chcą mniej, chcą inaczej. Wymagają informacji zwrotnej, chcą wiedzieć po co, a nie tylko co mają robić. Oczekują szacunku i równego traktowania, chcą być traktowani jak partnerzy, a nie pionki. Praca ma mieć sens, a nie tylko dobrze płacić. I wiecie w czym tkwi największy problem? Oni o tym mówią głośno, a poprzednie pokolenia swoje pomyślały, ale te myśli rzadko były werbalizowane. Do tego ten język, który w przypadku pokoleń jest różny. Prosty przykład: pracodawcy uważają Zetki za mało zaangażowanych, ale ci nie mają sobie w tej kwestii nic do zarzucenia. Dla starszego pokolenia zaangażowanie wygląda tak: siedzisz w biurze, zostajesz po godzinach, nie pytasz za dużo, robisz swoje. Dla Zetki zaangażowanie wygląda tak: rozumiem cel, mam wpływ, dostaję feedback, mogę powiedzieć, kiedy coś nie działa.
Pracuję z tematem pokoleń od ponad dziesięć lat i dzisiaj opór wobec Zetek jest taki, jaki był dziesięć lat temu. Zamiast zauważyć różnice i spróbować je zrozumieć - oceniamy, wystawiamy diagnozę „to jest złe pokolenie”, „oni są roszczeniowi”. A rzekoma roszczeniowość okazuje się świadomością własnych granic, rzekoma nadwrażliwość jest wysoką inteligencją emocjonalną, a dążenie do równowagi między pracą a życiem prywatnym to troska o zdrowie psychiczne, które przekłada się na produktywność. 45% młodych Polaków, według badania PwC, nie akceptuje wysokiego poziomu stresu w pracy. Można to nazwać roszczeniowością. Można też nazwać to zdrowym rozsądkiem, na który poprzednim pokoleniom po prostu nie pozwalano.
Podchodzimy do Gen Z, jak do jeża pomimo tego, że są z nami i wokół nas od tylu lat; wciąż ich nie rozumiemy, a na horyzoncie pojawia się już kolejne wyzwanie - Pokolenie Alfa. Urodzeni po 2010 roku, dzieci millenialsów, najstarsi właśnie kończą podstawówkę i już o nich słychać: „co z tymi dziećmi, ciągle w ekranie, nie potrafią rozmawiać, nie patrzą w oczy, wszystko przez telefon."
Alfy dorastają w świecie, gdzie granica między offline i online praktycznie nie istnieje. Zamiast pisać - mówią do urządzeń, zamiast długich rozmów - krótkie komunikaty, zamiast linearnego myślenia - błyskawiczne przeskakiwanie między kontekstami. Specjalista od pokoleń Mark McCrindle prognozuje, że będą najbardziej technologicznie zaawansowaną generacją w historii. Jednocześnie już nas ostrzegają, że bezpośrednia komunikacja twarzą w twarz, empatia i współpraca mogą być u nich towarem deficytowym - efektem wychowania, w którym ekran zastąpił relację.
I tu pojawia się coś, co powinno nas zatrzymać. Bo jeśli alfy mają deficyty komunikacyjne - to kto je wychowywał? Kto dawał im tablet zamiast uwagi? Kto uczył je, że ekran jest odpowiedzią na nudę, samotność i czas do zagospodarowania? My. Ich rodzice, nauczyciele, ci starsi. I zamiast wziąć za to odpowiedzialność, już szykujemy się do wystawienia im etykiety.
Koło się zamyka.
I możemy dalej robić to, co robiliśmy zawsze - patrzeć na nowe pokolenie jak na problem do rozwiązania, mówić do niego językiem, który dla niego nie działa, i dziwić się, że nie odpowiada. Albo możemy zadać inne pytanie. Nie: co jest nie tak z nimi? Ale: jak się nauczyć mówić ich językiem, nie tracąc swojego?
Bo komunikacja, ta prawdziwa, nie ta z plakatów motywacyjnych, nigdy nie polega na tym, żeby druga strona dostosowała się do nas, a na tym, żeby obie strony znalazły wspólny język. A to wymaga czegoś, co każde pokolenie deklaruje, że ma i czego każde pokolenie tak naprawdę używa zbyt rzadko - ciekawości. Zwykłej, ludzkiej ciekawości wobec kogoś, kto mówi inaczej niż my.
Autorka:
Lidia Lejko - zajmuje się komunikacją i tym, co się dzieje dookoła niej. Pisze o ludziach, relacjach, słowach i o tym, co kryje się za tym, co mówimy.