Spotykamy się przy okazji Bożego Ciała. Idziemy razem przez miasto, choć na co dzień często żyjemy obok siebie. I chyba właśnie dlatego ten dzień zawsze mnie fascynował bardziej psychologicznie niż religijnie. Zresztą, wiadomo, nie zawsze mam po drodze do kościoła. Ale procesja… Procesja jest trochę jak społeczny rentgen. Pokazuje, jak bardzo potrzebujemy wspólnoty i jednocześnie jak bardzo jesteśmy zajęci wzajemnym obserwowaniem. Idziemy za monstrancją, ale kątem oka sprawdzamy, kto przyszedł. Jak jest ubrany. Kto jest z kim. Kto się rozstał. Czyje dzieci urosły. Kto wrócił do miasta. Kogo zabrakło.
To nie jest złośliwość. To ludzka natura. Od dawna wiemy, szczególnie w psychologii, że człowiek nieustannie porównuje się do innych. To ważny sposób na aktualizację swojego miejsca w grupie. Sprawdzamy, czy nadal należymy do stada. Problem zaczyna się wtedy, gdy obserwowanie innych całkowicie zastępuje nam przeżywanie własnego życia. Bo kiedy śpiewamy: „Od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie”, łatwo zapomnieć, że słowa te powstały z bardzo konkretnego ludzkiego doświadczenia. Ze strachu przed nagłą utratą wszystkiego. Przed śmiercią bez pożegnania. Przed światem, który w jednej chwili mógł się rozsypać. Dziś wielu z nas wypowiada je automatycznie. A przecież współczesny człowiek wcale nie przestał się bać. Zmieniły się tylko zagrożenia.
Najbardziej boimy się samotności. Relacje zwykle rozpadają się nie przez wielkie dramaty, ale przez zwykły brak czasu, uwagi i obecności. Przez to, że w poczekalni dajemy dziecku telefon, na szkolnym korytarzu pokazujemy sobie snapy, a w restauracji zaczynamy wspólny posiłek od zrobienia zdjęcia i wrzucenia go do mediów społecznościowych.
Patrząc na procesję, często myślę o tym, że największym paradoksem naszych czasów nie jest brak ludzi wokół nas. Jest nim brak prawdziwego spotkania. Kilka dni wcześniej obchodzimy przecież Dzień Dziecka. Kupujemy prezenty, organizujemy atrakcje, szukamy wyjątkowych sposobów na świętowanie. I bardzo dobrze. Tylko że dzieci nie zapamiętują dzieciństwa tak, jak nam się wydaje. Rzadko pamiętają cenę prezentów.
Za to doskonale pamiętają, czy jadły posiłki wspólnie z rodzicami. Czy było miejsce na nudę i wspólny śmiech. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że wychowujemy dzieci w emocjonalnej próżni. Nigdy wcześniej nie miały tylu możliwości rozwoju. Nigdy wcześniej nie miały tylu zajęć, bodźców, ekranów i atrakcji. A jednocześnie coraz więcej z nich nie potrafi odpowiedzieć na proste pytanie: „Jak się dzisiaj czujesz?”. Nie dlatego, że są słabe. Dlatego, że nikt ich tego nie nauczył. Bo łatwiej jest dać dzieciom spokój, gdy trzaskają drzwiami. Problem w tym, że właśnie wtedy potrzebują, by ktoś za nimi poszedł.
Może dlatego lubię czerwiec? Przypomina o tych najprostszych rzeczach, o wspólnym doświadczeniu. O relacjach, które nie naprawią się same. I o tym, że czasem warto chociaż na chwilę przestać patrzeć na to, kto obok nas idzie w procesji i przypomnieć sobie dokąd właściwie idziemy.
Kilka słów o autorce:
Ewa Ingram – psycholog, absolwentka Wydziału Psychologii Uniwersytet Warszawski, prowadzi Pracownię Psychologiczną „Relacja” w Mielcu. Na co dzień pracuje również jako psycholog w Niepublicznej Szkole Podstawowej z Oddziałami Dwujęzycznymi oraz Niepublicznym Liceum Ogólnokształcącym w Mielcu.
Udziela konsultacji psychologicznych, prowadzi terapię, szkolenia i warsztaty. Wspiera dzieci, młodzież i dorosłych w budowaniu zdrowych relacji – z innymi i z samym sobą. W mediach społecznościowych (@ewa_ingram) popularyzuje psychologię w codziennym wydaniu. W swoich felietonach przygląda się ludziom, relacjom i temu, co psychologicznie dzieje się wokół nas każdego dnia.