Magdalena Żukowska-Bąk o książce "Akuszerki"
To nie jest tylko saga rodzinna ani powieść historyczna. To przede wszystkim opowieść o kobiecości. O kobietach, które cierpią, kochają, tracą, rodzą i odchodzą. O kobietach, których imion próżno szukać w podręcznikach historii, choć to one od wieków podtrzymują świat przy życiu. Czytając tę powieść, miałam wrażenie, że uczestniczę w czymś pierwotnym i świętym zarazem. Sabina Jakubowska zabiera czytelnika do rzeczywistości, w której narodziny nie są wydarzeniem medycznym, lecz tajemnicą życia. Do świata, w którym kobiece ciało pozostaje przestrzenią cudu, ale także bólu, lęku i poświęcenia. Franciszka, wiejska akuszerka, staje się strażniczką tej tajemnicy. Przemierza błotniste drogi, przekracza wezbrane rzeki, wchodzi do ubogich chat i bogatych dworów. Nie pyta o majątek, pochodzenie ani wyznanie. Idzie tam, gdzie pojawia się nowe życie. W jej dłoniach spoczywa pierwszy krzyk dziecka i pierwsze spojrzenie matki. To właśnie ta codzienna obecność przy narodzinach uczyniła z Franciszki bohaterkę niezwykłą. Nie jest wojowniczką ani rewolucjonistką. Jej siła rodzi się z troski. Z gotowości niesienia pomocy. Z cichego przekonania, że każde życie zasługuje na powitanie z godnością.
Najbardziej poruszyło mnie to, że autorka pokazuje narodziny nie jako pojedyncze wydarzenie, ale jako część wielkiej opowieści o ludzkim losie. Dzieci przychodzą na świat podczas wojen, pożarów, epidemii i klęsk żywiołowych. Świat wokół rozpada się i płonie, a jednak kobiety nadal rodzą. Życie nie zatrzymuje się nawet wtedy, gdy historia próbuje je zniszczyć. W tej książce niezwykle mocno wybrzmiewa prawda o kobiecej sile. Nie tej spektakularnej, o której pisze się w manifestach. To siła codzienna, cicha i cierpliwa. Ukryta w dłoniach odbierających poród, w matczynym bólu, w modlitwie wypowiadanej szeptem nad kołyską. To siła kobiet, które potrafią nieść życie nawet wtedy, gdy same dźwigają ciężar cierpienia. Ogromna siła, której doświadczamy i my.
„Akuszerki” zachwyciły mnie również tym, jak pięknie mówią o przemijaniu. Narodziny i śmierć nie stoją tutaj po przeciwnych stronach. Są częścią tego samego porządku. Jedne drzwi otwierają się, gdy drugie powoli się zamykają. W tej opowieści jest wiele bólu, ale nie ma rozpaczy. Jest zgoda na rytm życia, który od wieków pozostaje niezmienny. Sabina Jakubowska stworzyła świat pełen zapachów, dźwięków i kolorów dawnej Galicji. Czułam wilgoć polnych dróg, słyszałam bicie kościelnych dzwonów i szepty kobiet zgromadzonych przy rodzącej. Autorka pisze z niezwykłą czułością dla miejsca i ludzi. Dzięki temu Jadowniki stają się czymś więcej niż literacką przestrzenią. Stają się symbolem wszystkich małych światów, które zniknęły, ale nadal żyją w pamięci kolejnych pokoleń. Jadowniki, które są tak blisko nas. Do których dziś można pojechać, zobaczyć i poczuć ten klimat.
Przez te kilkaset stron towarzyszyłam Franciszce w wędrówce przez życie i miałam wrażenie obcowania z kimś prawdziwym. Z kobietą, która była świadkiem setek narodzin, a przez to także setek ludzkich historii. Każde dziecko, które przyszło na świat dzięki jej pomocy, stawało się częścią większej opowieści o miłości, wojnie, stracie i nadziei.
„Akuszerki” przypomniały mi coś bardzo ważnego, że historia świata nie powstaje wyłącznie na polach bitew i w gabinetach polityków. Tworzą ją kobiety pochylone nad kołyską, matki tulące noworodki i położne, które przez całe życie pomagają innym przekroczyć próg między nieistnieniem a życiem. Oddaję im wszystkim hołd. To niezwykle piękna, mądra i poruszająca opowieść o kobiecości. O sile ukrytej w czułości. O narodzinach, które mimo upływu czasu pozostają największym cudem świata.