Ktoś pyta mnie, kim jestem i pierwsza odpowiedź, która przychodzi mi do głowy, to „jestem mamą". Dopiero chwilę później przypominam sobie resztę - że mam pracę, poglądy, przyjaciółki, rzeczy, które lubię robić i inne, których nie znoszę. To opóźnienie mnie zastanawia, bo nie wiem, czy jest piękne, czy niepokojące i czy jest dla mnie w ogóle dobre.
Macierzyństwo nie dopisuje się do życia jako kolejny punkt na liście. Ono wchodzi bez pukania i przestawia wszystko - priorytety, rytm dnia, sposób myślenia o sobie. Kobieta wkraczająca w świat macierzyństwa traci dawną pewność siebie, zmuszona do ponownego zdefiniowania własnego ciała, wytyczenia nowych granic, odkrycia nowych pokładów cierpliwości oraz całkowitej rewizji obszarów wzruszeń. Nie ma w tym nic złego, bo tak to po prostu działa, ale pod warunkiem, że nie popadamy w skrajność. Pojawia się jednak problem, kiedy gdzieś w tym macierzyństwie znikamy my same, a nikt tego nie zauważa, bo wszystko przecież wygląda dobrze z zewnątrz. Mało kto zatrzymuje się na chwilę na tej kobiecie, która jest też mamą i mówi „ona jest też kimś innym".
Mężczyźni mają z tym inaczej, żeby nie powiedzieć łatwiej i to z mojej strony żadna złośliwość. Zapytaj ojca, kim jest, to powie ci o pracy, o hobby, przy okazji (czasami) wspomni o dzieciach. Zapytaj matkę i usłyszysz odwrotną kolejność. Nie ma to najczęściej nic wspólnego z tym, że tata kocha mniej. Bardziej chodzi o to, kto nosi w głowie listę szczepień, rozmiary butów i co dziecko może, a czego nie może jeść u babci. To ta cicha, niewidoczna praca, która zajmuje przestrzeń mentalną nawet wtedy, kiedy jesteś fizycznie gdzieś indziej - to sprawia, że ta tożsamość gdzieś się gubi.
I tu pojawia się mit, z którym mam największy problem: że dobra matka to matka, która poświęca się bez reszty. Że chwila dla siebie to egoizm, własne potrzeby są na końcu kolejki i powinnaś być wdzięczna, że w ogóle masz chwilę oddechu. Nie zgadzam się z tym. Znam kobiety, które nie potrafią opuścić domu na krótką godzinę bez malucha, trwają w ciągłym braku czasu na pielęgnowanie relacji partnerskich, wiecznie blokowane przez poczucie winy oraz przekonanie o tym, że nikt ich w tym zastąpić i dać chwili wytchnienia nie może. Tylko czy one są lepszymi matkami czy zmęczonymi, zagubionymi kobietami, które nie pamiętają, co je kiedyś cieszyło, kim były i być może również kim są teraz?
Nie piszę tego, żeby kogokolwiek oceniać, bo sama codziennie się w tym wszystkim gubię. Ta refleksja naszła mnie, kiedy rozmawiając z różnymi kobietami, każda z nich zapytana o to, kim jest, odpowiedziała „mamą", mimo że poza macierzyństwem mają mnóstwo zajęć. Zadałam sobie wtedy, nie po raz pierwszy, pytanie - czy macierzyństwo nas definiuje? Czy to, że jest to dla wielu z nas rola najważniejsza i najbardziej wymagająca, musi oznaczać, że wszystkie pozostałe zawsze schodzą na drugi plan? Myślę, że warto zadać sobie to pytanie uczciwie, nie z poczuciem winy, tylko z ciekawością. Kim jestem poza byciem mamą? I czy ta kobieta dostaje ode mnie tyle samo uwagi, co reszta? Bo jeśli nie dostaje, to po cichu znika. I pewnego dnia budzi się pytanie, kiedy to się stało.