Mielecki publicysta i poeta, Andrzej Talarek był gościem Lidii Lejko w najnowszym odcinku podcastu „Hej, kto tam...”. W szczerej rozmowie autor bez owijania w bawełnę opowiedział o łatce „hejtera”, kulisach swojej twórczości, odcięciu się od wielkiej polityki oraz o tym, jak czytanie bajek wnukom zaprowadziło go na deski teatru.
O prawdzie i niskiej odporności na krytykę
Andrzej Talarek odniósł się do zarzutów o bezwzględność w swoich felietonach. Jak sam przyznaje, osiągnął już wiek i stabilizację prywatną, które zwalniają go z konieczności kłamania. Pisze to, co uważa za prawdę albo milczy. Publicysta zauważa, że współczesne społeczeństwo wykazuje bardzo niską odporność na krytykę, zwłaszcza gdy ta dotyka kogoś personalnie. Choć unika internetowego hejtu, nie stroni od twardej, merytorycznej dyskusji, przyznając jednocześnie, że jego „złośliwość” przejawia się czasami w relacjach z żoną.
Felietony dla ludzi, wiersze dla siebie
Wydana twórczość gościa programu dzieli się na dwa wyraźne nurty. Z jednej strony są to felietony, pisane z myślą o szerokim odbiorze i wysokiej klikalności, w których porusza on palące tematy społeczne, jak choćby sytuacja mieleckiego szpitala. Z drugiej strony znajduje się poezja - obszar głęboko intymny, tworzony wyłącznie na własne potrzeby i wydawany za prywatne pieniądze. Wyjątkowym sukcesem komercyjnym okazał się jednak tomik „Wiersze dla żony”, który uczynił z jego małżonki rozpoznawalną w regionie muzę.
Gdzie publicysta nie zagląda?
W swojej działalności Talarek wyznaczył dwie wyraźne granice: Kościół oraz ogólnokrajową politykę. Jako „nowoczesny katolik” akceptujący teorię ewolucji i ceniący naukowe podejście prof. Michała Hellera, świadomie rezygnuje z uderzania w instytucję Kościoła, uznając, że ten sam zadaje sobie wystarczająco dużo ran. Publicysta odciął się także od medialnego szumu. Ponad półtora roku temu całkowicie zrezygnował z oglądania telewizji i programów informacyjnych, co, jak podkreśla, przywróciło mu upragniony spokój ducha.
Teatr z potrzeby serca
Prywatne życie Andrzeja Talarka kręci się wokół wnuków. Opowieść o budowie solidnego domku na drzewie, który w lipcu ma zyskać przejście przez „szafę z Narnii”, odsłania zupełnie inne oblicze mieleckiego publicysty. To właśnie ta głęboka relacja z najmłodszymi ukształtowała jego nową pasję. Wieczorne czytanie bajek, połączone z odgrywaniem ról i modulowaniem głosu, zainspirowało jego żonę do zapisania go do amatorskiej grupy teatralnej „Senior Show”. Dziś publicysta z powodzeniem występuje na scenie Domu Kultury, udowadniając, że na odkrywanie nowych talentów nigdy nie jest za późno.