Historia

Zamknij

93 sekundy bezdechu. Podniebne kroniki Władysława Rysia

Lidia Lejko Lidia Lejko 11:35, 28.06.2026 Aktualizacja: 17:59, 24.06.2026
93 sekundy bezdechu. Podniebne kroniki Władysława Rysia

„Panie prezesie, a co się stanie, jeśli spadochron mi się nie otworzy? - Nie martw się. Spadochron jest na gwarancji, jutro dostaniemy nowy”. Ten żart przez dekady krążył nad mieleckim lotniskiem. Opowiadał go człowiek, który o spadaniu wiedział wszystko. Władysław Ryś (1937-2022) - legendarny skoczek, instruktor i współzałożyciel mieleckiego oddziału Związku Polskich Spadochroniarzy w archiwalnej rozmowie wraca do czasów, gdy nad Mielcem niebo stale tętniło życiem, a błędy pod chmurami naprawiało się wyłącznie zimną krwią.

Jak to się stało, że chłopak z Mielca decyduje się nagle skakać z samolotu? W latach pięćdziesiątych to nie była przecież codzienna rozrywka.

Zobaczyłem z daleka, jak skaczą i po prostu mi się to spodobało. Później trafiłem na ogłoszenie o naborze na szkolenie spadochronowe, szybowcowe i samolotowe. Zgłosiłem się, przeszedłem badania we Wrocławiu i zacząłem skakać tutaj, w Mielcu. Po pierwszych trzech skokach wyjechałem do szkoły szybowcowej do Lęborka, gdzie zrobiłem trzecią klasę pilota, a potem do szkoły spadochronowej w Nowym Targu po drugą klasę skoczka. Od tamtego momentu już nigdy nie rozstałem się z Aeroklubem Mieleckim. Zrobiłem tu najwyższe uprawnienia instruktorskie i przez trzynaście lat prowadziłem sekcję. To były czasy, kiedy rozwijała się ona najmocniej. Nigdy nie byłem na etacie w aeroklubie - pracowałem normalnie w fabryce, awansowałem, przybywało mi obowiązków. Żeby sekcja nie ucierpiała, sprowadziłem do Mielca Tadeusza Franaszczuka, który przejął codzienne szkolenia, a ja zostałem przewodniczącym sekcji.

Pamięta Pan swój pierwszy skok? Strach paraliżował czy pchał do przodu?

Pamiętam idealnie: 11 maja 1955 roku. Pierwszy skok technicznie mi nie wyszedł, jak to zwykle bywa na początku, ale człowiek dostaje po wszystkim takiego zapału, że chciałby skakać znowu tego samego dnia. Nie powiem jednak, że się nie bałem - strach był normalną rzeczą.

Spadochroniarstwo w czasach PRL-u kojarzy się z prestiżem, ale i z wojskowym drylem. Dziś to drogie hobby, a jak to wyglądało wtedy?

Ten sport zawsze był i jest bardzo drogi. Wtedy było jednak ogromne zapotrzebowanie, bo powstawały wojska powietrznodesantowe. Aerokluby działały jako bezpośrednie zaplecze i przedszkole dla szkół oficerskich czy lotnictwa, więc trafiali tam ludzie porządnie przygotowani. Dla mnie pójście na instruktora wiązało się z podnoszeniem kwalifikacji. Startowałem w Mistrzostwach Polski jako reprezentant Mielca, otarłem się nawet o kadrę narodową, bo byłem dobry, ale plany pokrzyżowała mi złamana noga. Wszystkie uprawnienia zdobyłem na kursie w Strzebielinie. W tamtych latach, dokładnie od 1960 do 1973 roku, byłem jedynym instruktorem w Mielcu.

Wspomniał Pan o Mistrzostwach Polski. Czterokrotny start w krajowym czempionacie wymagał formy. Który z tych zawodów wspomina Pan najlepiej?

Startowałem cztery razy: w Białymstoku, Strzebielinie Morskim połączonym z Gdańskiem, Rzeszowie i Warszawie. Najlepszy wynik zrobiłem w Strzebielinie, gdzie zająłem szóste miejsce w stawce ponad stu pięćdziesięciu skoczków.

Był Pan dla tych młodych ludzi autorytetem. Jak buduje się szacunek w sporcie, w którym każdy błąd grozi śmiercią?

Zasada była prosta: byłem instruktorem na lotnisku, ale poza nim byłem dla każdego - nieważne, czy to uczeń, czy inny instruktor - po prostu kolegą. Zawsze powtarzałem: jeśli czegoś nie wiesz, pytaj, nie ma w tym żadnego wstydu. Zaczep mnie nawet na ulicy, to usiądziemy i rozrysuję ci wszystko na kartce. Skoczkowie byli wobec mnie bardzo otwarci, słuchali mnie i dzięki temu miałem u nich posłuch.

Zrobił Pan ponad 750 skoków. Przy takiej statystyce musiał pojawić się moment, kiedy zrobiło się naprawdę gorąco.

Wyczynowe spadochroniarstwo bywa niebezpieczne, jak każdy taki sport. Miałem jeden bardzo groźny przypadek. Mój główny spadochron splątał się w dziwny sposób - linki poszły na około, z czaszy zrobił się kłąb materiału i zacząłem bardzo szybko spadać spiralą. Gdybym wtedy otworzył spadochron zapasowy, zaplątałby się w ten główny i byłoby po wszystkim. Musiałem działać szybko: wyciągnąłem nóż, odciąłem linki głównego spadochronu i dopiero wtedy otworzyłem zapasowy.

Nie dało się go po prostu odpiąć jednym uchwytem?

Wtedy spadochrony z systemem szybkiego odrzucania czaszy dopiero wchodziły na rynek. W tamtych czasach każdy skoczek musiał obowiązkowo mieć przy sobie nóż. To była nasza jedyna polisa bezpieczeństwa.

Porozmawiajmy o rekordach kraju, które Pan ustanowił. Niektóre brzmią dziś dość ekstremalnie.

Mam na koncie cztery rekordy. Jeden jest indywidualny: skok z 600 metrów z opóźnionym otwarciem na celność lądowania w nocy. Tego rekordu już nikt nie pobije, bo ze względów bezpieczeństwa tę konkurencję po prostu zlikwidowano. Kolejny to skok grupowy w pięć osób z wysokości 5350 metrów z natychmiastowym otwarciem - wyskoczyliśmy nad Połańcem, a lądowaliśmy w Rzędzianowicach. Trzeci rekord Polski to skok w grupie sześciu osób z 1500 metrów, też na celność lądowania. Dziś takich konkurencji już się nie robi, bo spadochrony są zupełnie inaczej skonstruowane i łatwiej nimi sterować. Mój czwarty rekord to skok grupowy z wysokości 5900 metrów z opóźnionym otwarciem. Skakałem wtedy ze specjalnym urządzeniem - barografem, który notuje wysokość wyskoku i otwarcia. Spadałem bez otwartego spadochronu przez równe 93 sekundy i otworzyłem go dopiero na 600 metrach. Tego czasu opóźnienia do dziś nikt nie pobił.

Jak na tle kraju wypadał wtedy Mielec?

Za moich czasów pobiliśmy wszelkie klubowe rekordy w celności lądowania. Aeroklub Mielecki był wtedy drugą siłą w Polsce, zaraz po Krośnie. Kiedy patrzę na to dzisiaj, serce boli, bo teraz skoczkowie robią może cztery, pięć skoków w roku, nie więcej.

Trzy Pana córki poszły w Pana ślady i też zaczęły skakać. Pojawiał się ojcowski strach, kiedy patrzył Pan na nie w powietrzu?

Bożena i Iwona mają na koncie ponad 800 skoków. Najmłodsza, Barbara, skoczyła tylko raz, bo miała wypadek i zdrowie nie pozwoliło jej na więcej. Zawsze byłem na ich zawodach i mocno je wspierałem. Bożena została nawet dwukrotną wicemistrzynią Polski w Wieloboju Spadochronowym, a swojego męża poznała na lotnisku. Mój zięć ma na koncie ponad 2000 skoków, więc to w stu procentach lotnicze małżeństwo. Byłem z nich wszystkich bardzo dumny.

Gdyby mógł Pan cofnąć czas, wybrałby Pan bezpieczniejsze życie?

Nigdy nie żałowałem ani jednego dnia poświęconego spadochroniarstwu. To była moja największa życiowa pasja i na niej się skupiłem. Jako instruktor należałem do krajowej czołówki, dostałem Złoty Krzyż Zasługi, młodzież wyróżniła mnie Medalami Janka Krasickiego, mam też Złotą Odznakę Spadochronową z dwoma warunkami do diamentu. Najważniejsze jest jednak to, że te relacje zostały na lata. Spotykamy się regularnie jako starzy koledzy - bez względu na to, czy ktoś był pilotem szybowca, samolotu czy skoczkiem. Siedzimy, rozmawiamy, żartujemy i zawsze przypominamy sobie ten nasz klasyczny dowcip: „Panie prezesie, co się stanie, jeśli mi się spadochron nie otworzy? Nie martw się, spadochron jest na gwarancji, jutro dostaniemy nowy”.

Władysław Ryś zmarł 6 stycznia 2022 roku w wieku 84 lat. Powyższy tekst jest redakcyjnym opracowaniem rozmowy przeprowadzonej z nim za jego życia.

Dalszy ciąg materiału pod wideo ↓

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
Nie przegap żadnego newsa, zaobserwuj nas na
GOOGLE NEWS
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
0%