Rynek nieruchomości od lat przyciąga osoby szukające bezpiecznej przystani dla kapitału. Zaczyna się niewinnie – od zakupu pierwszego mieszkania na wynajem. Potem pojawia się apetyt na więcej: szybkie remonty i sprzedaż z zyskiem, czyli popularne flipy. Z czasem jednak wielu inwestorów zderza się ze ścianą. Konkurencja rośnie, ceny na rynku wtórnym biją rekordy, a marże systematycznie topnieją. To moment, w którym pojawia się myśl: „A gdyby tak przestać kupować stare i zacząć budować nowe?”. Dla części inwestorów naturalnym kolejnym krokiem jest przejście z rynku wtórnego na pierwotny. Choć wizja bycia deweloperem wydaje się skokiem na głęboką wodę, dla wielu osób jest to jedyna droga, by wyrwać się z pułapki niskich rentowności i mozolnego zarządzania najmem.
Inwestowanie w mieszkania z wielkiej płyty czy starych kamienic ma swoje ograniczenia. Kupując taki lokal, dziedziczysz wszystkie problemy budynku: przestarzałe instalacje, nieprzewidywalną wspólnotę mieszkaniową i brak kontroli nad częściami wspólnymi. Co z tego, że wyremontujesz mieszkanie w standardzie premium, skoro klatka schodowa odstrasza potencjalnych kupców?
Dodatkowo, przy obecnych cenach wejścia, zysk z klasycznego flipa po odliczeniu podatków i kosztów ekipy remontowej często nie rekompensuje poświęconego czasu. Inwestorzy dochodzą do wniosku, że pracują coraz ciężej za coraz mniejsze pieniądze. Szukają więc przestrzeni, gdzie marża jest wciąż atrakcyjna.
Słowo „deweloper” wywołuje u wielu osób obraz potężnej korporacji budującej wieżowce w centrum Warszawy. Tymczasem na rynku świetnie radzi sobie segment mikrodeweloperów. To osoby, które realizują niewielkie inwestycje: jeden dom w zabudowie bliźniaczej, mały szeregowiec czy kameralny budynek na kilka lokali na przedmieściach.
W takiej skali proces zarządzania inwestycją wcale nie jest trudniejszy niż generalny remont stuletniej kamienicy z podziałem na mikrokawalerki. Wymaga po prostu innej wiedzy. Mikrodeweloperka to biznes skalowalny – uczysz się procesu na jednym bliźniaku, a potem powielasz ten sam schemat na większych działkach.
Kluczowa różnica polega na tym, że jako deweloper przestajesz być jedynie pośrednikiem, a stajesz się twórcą nowej wartości. Zamieniasz nieużytek lub pole orne w tętniące życiem miejsce do mieszkania. To właśnie w procesie wytwarzania nowych metrów kwadratowych (tzw. PUM – Powierzchnia Użytkowa Mieszkalna) ukryta jest największa premia finansowa.
Masz też pełną kontrolę nad produktem. Sam decydujesz o układzie ścian, wielkości okien, technologii ogrzewania i grupie docelowej. Budujesz to, czego aktualnie brakuje na lokalnym rynku, a nie to, co narzuca Ci zastana bryła starego bloku.
Barierą wejścia rzadko są pieniądze – częściej jest to strach. „Nie potrafię murować” – to świetnie, bo deweloper nie jest od murowania. Jest od zarządzania procesem, zatrudnienia kompetentnego kierownika budowy i generalnego wykonawcy.
„Nie mam milionów na koncie” – deweloperka to biznes oparty na dźwigni finansowej. Banki chętnie kredytują zyskowne projekty, a wkładem własnym inwestora bardzo często jest po prostu działka i historia inwestycyjna. Jeśli potrafisz ułożyć sensowny biznesplan, kapitał niemal zawsze się znajdzie.
Zanim kupisz pierwszą działkę, musisz zainwestować w siebie. Brak wiedzy o Ustawie Deweloperskiej, błędna analiza chłonności gruntu czy źle skonstruowana umowa z wykonawcą mogą szybko zrujnować cały budżet. Aby tego uniknąć, warto czerpać wiedzę od osób, które na tym rynku zjadły zęby.
Świetnym punktem startu jest inicjatywa Zostań Deweloperem, która odczarowuje tę branżę dla początkujących. Jeśli potrzebujesz poprowadzenia za rękę od A do Z, idealnym wyborem będzie Akademia Dewelopera, czyli kompleksowy program omawiający cały proces inwestycyjny. Z kolei jeśli szukasz wiedzy „chirurgicznej”, pozwalającej rozwiązać konkretny problem (np. jak wyliczyć podatki czy zoptymalizować koszty budowy), sprawdź dedykowane Szkolenia Deweloperskie. Przejście na rynek pierwotny to najlepsza decyzja biznesowa – pod warunkiem, że pójdziesz tam z solidnym przygotowaniem.